Jak chciałem wślizgnąć się do pierwszej ligi

Swojego czasu byłem piłkarzem i robiłem karierę. Nie boję się tego słowa i staram się na porządku dziennym karcić nazywanie zarabiania na życie poprzez granie w piłkę “przygodą”. Jak ktoś kiedyś ładnie stwierdził – przygody to można mieć w burdelu. Albo według wersji dla młodzieży – na koloniach. Tak jak wszyscy piłkarze mający problem z uznaniem trenerów, brakiem kontaktów lub umiejętności (niepotrzebne skreślić) jeździłem na testy do różnych klubów. Z czasem zrozumiałem, że ów castingi nie miały nic wspólnego z profesjonalizmem i większą szansę miałbym starając się o angaż w filmie Patryka Vegi, niż w jakiejkolwiek z odwiedzonych drużyn. Tam na końcu rola musi być obsadzona, w piłce wszystkich testowanych zwykle bez wyjątku odsyłano do domu.

Pierwszoligowy klub do którego się wybrałem znajdował się nad morzem. Piękne, malowniczo położone miejsce, idealne na wakacje. Wybrałem się z żoną na dworzec w środku nocy, by po kilkugodzinnej wyprawie przez Polskę przy okazji podjęcia kolejnego wyzwania zawodowego razem spędzić wakacje. W podobnym celu udawali się tam nasi współtowarzysze podróży. W przedziale można było znaleźć parawany, dmuchane materace, koła ratunkowe i powiększone zestawy podróżnika, czyli piwo i kanapki z serem i wędliną – wszystko czym my Polacy uwielbiamy umilać sobie podróż. Zwykle dłuższą, niż zaplanowano. Pierwszy trening miał się odbyć od razu na drugi dzień rano, jakieś dwie godziny po przyjeździe. Niestety pociąg spóźnił się właśnie o te dwie godziny. Telefon, stres, telefon, stres… Dojechaliśmy na stację, gdy wybiła godzina rozpoczęcia zajęć. Zwykle o tym, czy testy będą dalej kontynuowane decyduje jeden magiczny czynnik. Spóźnisz się na trening lub się na niego nie pojawisz – jesteś skreślony albo co najmniej masz o wiele mniejsze szanse. Spokojnie, nie szanse na kontrakt. Dopiero szansę na drugi, trzeci no i może nawet sparing, który i tak zwykle nie decyduje o niczym, prócz tego, że mogą Cię po nim skreślić.

Zaczęło lać. Oberwanie chmury. My szybko do taksówki, bierzemy kurs do wynajętego lokum. Żona zostaje w pokoju, zaczyna nas rozpakowywać. Ja nerwowo przerzucam wszystko, by znaleźć cokolwiek nadającego się do treningu. Jest! Spodenki 3/4 przerobione obcięciem nogawek z długich, podkoszulek, koszulka Sheffield United, ortalion, getry, korki. Sru, wybiegam z pokoju i BIEGIEM na trening. Jestem spóźniony ponad pół godziny.

Docieram na miejsce, nie szukałem długo. Podchodzę do ławki rezerwowych. Jest grupka obserwatorów pomimo ulewy stulecia. Na boisku toczy się gra. Kierownik drużyny, z którym miałem cały czas kontakt każe mi iść do budynku klubowego, żebym się przebrał. Towarzyszy mi trzech kibiców, którzy w luźniej rozmowie komentują nowe nabytki. Ten chujowy, tamten słaby, a ten… kto to w ogóle jest?!

Jest zbyt ciepło na ortalion, zakładam plastron na koszulkę. Wchodzę na boisko bez rozgrzewki na ostatnie 20 minut gierki. Jest 0-0. Dostaję piłkę – dobrze odgrywam. Potem drugi, trzeci. Jednak coś jest nie tak. Po nogach ścieka mi piana. Co jest!? Mam całe buty w pianie! Kolejne dobre odegranie, nawet strzał. Czuję coraz więcej piany na nogach, jest jej coraz więcej na butach. Dopiero teraz zerkam na spodenki. Z czarnych zrobiły się białe! Są całe w pianie! Od pasa w dół jestem biały i białą maź zaczyna piąć się do góry! Ostatnie pięć minut gry i… mając na plecach najsilniejszego obrońcę z przeszłością w Ekstraklasie przepycham go i strzelam bramkę.

I teraz nasuwa się pytanie. Czy to, że po ostatnim praniu na spodenkach zostało pół kilo proszku spowodowało, że wyślizgnąłem się obrońcy, czy może umiejętnościom gry w deszczu zawdzięczam przypodobanie się trenerowi?

Tak czy inaczej, nie dość że cały w pianie byłem ja, to jeszcze pół boiska.

Loading Likes...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *