Jak w pierwszej lidze sprzedawali kukurydzę

Kiedyś policzyłem, że licząc łącznie ze wszystkimi testami odwiedziłem ponad pięćdziesiąt różnych klubów w kilku krajach Europy. Dzięki temu poznałem kilkuset ludzi, w tym trenerów, ich asystentów, masażystów i piłkarzy (nie wspominając już o dyrektorach, działaczach i kibicach). Wyciągnąłem z tego wiele wspaniałych doświadczeń i usłyszanych historii, które ukształtowały mój światopogląd oraz procentują dzisiaj w mojej pracy jako trener. Były fajne momenty, były śmieszne i straszne, ale nawet te najdziwniejsze i najbardziej wkurwiające są dobrym materiałem, na pracę z zawodnikami, którzy dopiero zaczynają lub innymi, z którymi chce się złapać kontakt. Doświadczenie byłego piłkarza daje ogromny kapitał i uważam, że trenerzy, którzy nigdy nie grali w piłkę mają ciężej w tym zawodzie.

Jak już wcześniej wspominałem, dzień pierwszy powiódł się na tyle, że zostałem na dłużej. Miałem z żoną wynajęty pokój dla letników u starszej Pani nad morzem, tak jak tysiące innych polskich rodzin spędzający urlop nad Bałtykiem. Z tym, że ja tam byłem na testach w pierwszoligowym klubie piłkarskim. Miałem do wyboru to lub przenosiny do hotelu robotniczego, gdzie stacjonowało czterech murzynów z drużyny. Słaba perspektywa, ale i tak plus dla klubu, że coś zaproponował. Zwykle testowani zawodnicy muszą sami sobie zapewnić zakwaterowanie.

Trenowaliśmy trzy razy dziennie. Nieźle, co? Tym bardziej, że to nie był obóz. Ten dopiero przed nami i mieli na niego pojechać tylko zakontraktowani zawodnicy. Miałem cztery dni. Pierwszy trening to rozbieganie po plaży. Drugi techniczno-taktycznie z elementami strzałów na bramkę, małych gier 2×2 itp. Trzeci to zwykle gierka.

Biegaliśmy po plaży rozciągnięci na długość 200m. Trenerzy z nami nie biegali, mimo iż trener był młody – bez doświadczenia w pierwszej lidze. Dopiero po dwóch tygodniach, tydzień do startu ligi zatrudniono docelowego trenera na sezon (tak naprawdę na parę tygodni). I powiem, że to było bardzo znane nazwisko. Do sedna. Po pierwszym trening murzyni zwykle lecieli do pokoju hotelowego grać na konsolach i dzwonić do bliskich. Polacy i jugole zostawali na plaży. Ja na szybkie śniadanie. Młodzi z drużyny… No właśnie. 1/3 zespołu to byli zawodnicy poniżej 21 roku życia. Od razu po treningu biegli do przybrzeżnych restauracji, łapali za przenośle lodówki i chodząc, zawodząc znajomymi hasłami znad Bałtyku sprzedawali kukurydzę, lody, piwo. Przed i po każdym treningu powtarzało się to samo. Przed – pęd ściągania butów, sprzętu i do restauracji. Po – chwalenie się kto i gdzie miał największy utarg. Do dziś doskonale pamiętam, że rano było słabo – ludzie najedzeni po śniadaniu, jeszcze nie gotowi na piwo, najlepiej było przed obiadem – głodni ludzie robili sobie przystawki. Czy to z piwa, czy z kukurydzy. Dzieci z lodów. Poziomem wyszkolenia Ci chłopcy minimalnie odbiegali od reszty drużyny, choć trzeba przyznać, że nadrabiali siłą i zadziornością. Ciekawe, czy dzisiaj gdzieś grają?

Zrobiono nam testy szybkościowe. Ścigaliśmy się w czwórkach. Jak to nowego, ustawiono mnie do czwórki z trzema murzynami. W pięciu turach wygrywałem z łatwością za każdym razem. Nie świadczy to o mojej szybkości. Bardziej o tym, że Ci zawodnicy mieli kompletnie wyłożone na trening. – Kurła! Pa! Ten nowy wygrywa z czarnymi! – powiedział ktoś pod nosem na trybunach. Choć nie wiedział jeszcze, że Ci zawodnicy i tak będą grali, bo po to tu przyjechali. Pierwszego składu nie załatwi im dobry wynik w teście, poziom wyszkolenia, czy dobra gra w sparingu. Tylko facet w krótkich spodenkach, brzuchem przypominającym piłkę plażową i telefonem w ręku gotowy do działania w obcym akcencie. Bo nawet jeśli nie zagrają tu, to „załatwi się” gdzie indziej. I taka to motywacja dla młodych trudniących się sprzedażą kukurydzy, którzy byli ambitni, ale pewnie do czasu.

Loading Likes...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *