O treningu na betonowym parkingu

Myślałem ostatnio jakiej najbardziej kuriozalnej sytuacji byłem świadkiem przez lata gry w piłkę i w późniejszym byciu trenerem. Muszę przyznać jest tego tyle, że można napisać książkę. To wcale nie pycha. Twierdzę, że każdy kto przeszedł przez wszystkie szczeble juniorskie, a później grał co najmniej kilka lat na obojętnie na jakim poziomie może się pochwalić niezliczoną ilością anegdot i ciekawostek. W większości te historie są u nas podobne – zmieniają się tylko nazwiska.

Przypominam sobie trening w najbardziej kuriozalnych okolicznościach jakie można stworzyć. Zdarzyło się, że w rezerwach ŁKS Łódź mieliśmy zajęcia na betonowym parkingu pokrytym grubą warstwą lodu i śniegu. Po tym, jak pod plac budowy Atlas Areny (hali widowiskowo-sportowej, której sportowcom nie wolno było używać – koszty) zburzono trzy pełnowymiarowe boiska trawiaste wszystkie sekcje sportowe ŁKS, w tym juniorzy i seniorzy, musieli pomieścić się na jednym ze sztuczną nawierzchnią i małej hali z przeciekającym dachem. Aby wspomniane boisko zimą nadawało się do użytku, musiało być odpłatnie odśnieżone przez miasto. Jednak nigdy nie było na to pieniędzy. W czasie odwilży hala zamieniała się w basen, co napędzało frustracje i kłótnie trenerów. Jak wtedy, gdy po uzyskanym kompromisie dwóch z nich jeszcze jako juniorzy właśnie na tej hali graliśmy sparing z seniorami 11×11, co chwilę boleśnie ślizgając się na wodnych kleksach.

Pewnego zimowego wieczoru znowu nie było gdzie trenować. Siedzieliśmy w szatni gdy trener ogłosił, że wychodzimy na dwór. Po kilku sesjach biegowych po parku na Zdrowiu wszyscy i tak mieli już dość. Ile można truchtać?! Siarczysty mróz, -10 stopni, do tego śniegu po kolana. Idziemy na parking przed halę. Krótka rozgrzewka i gramy w rugby. Trzeba przyznać, że było dziwnie. Zobaczyć zawodników grających dopiero co w Ekstraklasie i… Lidze Mistrzów (serio!, sprawdźcie sobie na 90minut) trenujących na parkingu. Trenujących, biegających, turlających się, rzucających się w zaspy śnieżne. Jedno się zgadzało – jaskrawo-żółte plastrony idealnie pasowały do miejsca, w którym się znaleźliśmy, jak niektórzy żartowali. Po chwili zmiana ćwiczenia. Gramy mecz, który sprawił jeszcze więcej frajdy. Wśród latarni oświetlających nasze prowizoryczne boisko, między którymi dryblowanie mogło skończy się wstrząsem mózgu. Albo samochodów, które skutecznie blokowały ataki skrzydłami.

Było biednie, czasem niebezpiecznie, ale pozytywnie. Wiele drużyn Ekstraklasy, I ligi i niżej, gdzie granie w piłkę decyduje o utrzymaniu rodziny właśnie wtedy robi najlepsze wyniki. Gdy bieda scala jak rodzinę. Również tych, którzy właśnie po tym treningu odjechali do domu Audi TT i myślą skąd wziąć pieniądze na benzynę. Chore to, ale prawdziwe.

Loading Likes...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *